Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

ZAWOJO-wałyśmy!

(Przerywam na 1 wpis moje historyczne pisanie, i wbijam się w aktualności bike-owe).

30 lipca postanowiłam opuścić deszczowy i smutny Kraków i pojechać poszukać słońca w Zawoi. (http://www.zawoja.pl/) . Najdłuższa wieś w Polsce położona wzdłuż drogi została mi polecona przez mojego sąsiadka Jołka, który na moją opinię o tym, że podjazd w Zębie (obok Poronina) na 5 km był okrutny, poradził mi przekonać się co to okrucieństwo podjazdu właśnie w Zawoi. W Sułkowicach dołączyła do mnie Ruda Anna i mimo deszczu pojechałyśmy na Suchą. Po drodze zachwycałyśmy się gęsto-zielonymi krajobrazami, żółtym mostem a la New York style i coraz bardziej górskim klimatem. Wjeżdżałyśmy coraz wyżej, zostawiając za sobą czerwone dachy domów w dolinie, który stawały się coraz mniejsze (trasa na Nowy Sącz przez Herbutowice, Budzów, Suchą Beskidzką, Maków). W Zawoi nie padało. Nie prażyło też słońce, było właściwie zimno, ale kurtka przeciwdeszczowa nie była potrzebna. Najpierw wdrapałyśmy się na wzgórze skąd rozpościerał się boski widok na Zawoję i okolice. Ja rowerem zrobiłam fajny, ale krótki podjazd, Anna pieszo była tuż za mną.

Zawoja widziana z góry.

Wróciłam na dół i zaczęłam tour po zawojskiej szosie. Zadziwiło mnie to, że optycznie droga wydawała mi się prosta i rozpędziłam się mocno na początku, ale już po chwili okazało się, że więcej niż 20 km/h nie mogę zrobić. Po prostej drodze jadę min 25 km/h. Po prostej z lekki nachyleniem 30 km/h. Coś tutaj nie grało. Momentami spadałam do 17km/h a i 12 km/h się zdarzyło. Oto byłam na szosie zawojskiej z 12 km podjazdem. Wzrokowo – nigdy bym nie powiedziała, że jest podjazd. Do ósmego kilometra byłam zadziwiona, że tak powoli jadę. Na 9-tym kilometrze trasa zaczęła się zgadzać z moimi wyobrażeniami. Serpentyna i mocne ciągnięcie w górę. Na przemian siadanie i kręcenie w górze. Pierwszy raz widziałam 2 poziomy dróg nad sobą i wiedziałam, że na ten ostatni, na samej górze przyjdzie mi wspiąć się na rowerze.

Trzypoziomowa wspinaczka.

Znalazłam w końcu oddech, dobrą pozycję siedzącą z rękami na baranku w dole i tak obracałam do samej góry. Wpadłam w rytm, od czasu do czasu odrywałam wzrok od szosy i podziwiałam potoki, lasy i babiogórski park narodowy. Było wilgotno, momentami duszno, kapało mi z nosa (alergia i intensywne oddychanie na łonie przyrody), zużyłam całą paczkę chusteczek. 1 h 10 minut trwało moje wspinanie na Przełęcz Krowiarki. Minęłam jednego żółtego kolarza, który był ewidentnie zaskoczony moją obecnością, głośno powiedział „cześć” i obrócił się za mną jakby niedowierzając własnym oczom. Samochodów do policzenia na palcach obu dłoni, czyli prawie w ogóle. Wrażenie robiła leśna ściana ubita z gęstych wysokich drzew i potoki tuż przy drodze. Słońce nie wyjrzało, pokropił deszcz, to i dobrze, słodził mnie trochę.

1h10 min. 1140 m.n.p.m

Na Przełęczy Krowiarki odpoczęłam na chwilę i zaczęłam zjazd. Pędząc 50 km/h na zjeździe, wchodząc w ostre zakręty i pedałując do samej Zawoi 32km/h na prostej zrozumiałam dlaczego w kierunku DO było tylko 17 km/h. – Tam musiało być jednak cały czas pod górę! – pomyślałam, choć moje oczy nie chciały temu wierzyć. Zjazd zajął mi 15 minut! Dla tego kwadransu mogłabym wspiąć się jeszcze drugie tyle – zjazd przyprawił o zawrót głowy. Był ostry i serpentynowy. Był też moment w którym krzyknęłam swoje głośne i przerażające „fuck”, kiedy rozpędzona wjechałam na potworne dziury w drodze a i zatrzymać się nie dało mając za plecami samochód.

Najfajniejszy jak dotąd podjazd i zjazd w moim repertuarze. A i Zawoja wynagrodziła wysiłek. Na babiogórskim jarmarku wystąpił iluzjonista, którego sztuczki przyprawiły o rumieńce wszystkie zgromadzone dzieci (rozpracowałyśmy z Rudą trick dziurawej szyby i nieprzeciekającej gazety i wiele innych;) Potem dopingowałyśmy muzyczny Talent Małopolski 2011, która genialnie zaśpiewała „Rolling in the deep”, nawet w bisie specjalnie dla nas. Vive la festyn! Grillowanie, huśtawkowanie, swawola i beztroska. To najlepsze, co mogło mi się przytrafić po szosowym wysiłku…

Rada dla beginnersów – jeśli wybierasz się w góry w zachmurzony dzień weź koniecznie wiatrówko-przeciwdeszczówkę (polecam Rogelli : http://www.mikesport.pl/p/pl/3507/rogelli-crotone-lekka-kurtka-rowerowa.html). Wymarzłam na tym zjeździe – zimny wiatr i zimny deszcz. I zaczęłam zastanawiać się nad chustką pod kask, która zakrywa uszy. Przy zjeździe, szczególnie w górach wieje okrutnie. Jeśli nie obrócisz głowy, nie jesteś nawet w stanie usłyszeć jadącego za Tobą samochodu. A i potem masz oszołomioną wiatrem głowę.

Zawoja zdobyta.

P.S. Jołku, niestety, ten podjazd nie był okrutny. A ten w Ząbiu to jednak inna sprawa;)

Zawojowałyśmy.


Komentarzy: 2
  1. Ann napisał(a): 31 lipca 201112:19

    >Było bosssko. Babiogórski festyn zamiast Audioriver… nie wiem co jest grane :D

  2. Anonymous napisał(a): 1 sierpnia 201121:30

    >w koncu dotarlam! julit

Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.