Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

W kapuścianej stolicy Polski

13 sierpnia, jak na słoneczną sobotę przystało, czas spędziłam na szosie. Tym razem w towarzystwie. Remigiusz, mój rowerowy Wergiliusz, odpiął przednia koła z naszych rowerów, ułożył je jeden na drugim w samochodzie i pojechaliśmy do Miechowa.

Do Miechowa trzeba było samochodem przyjechać.

Chcieliśmy zrobić trasę wyścigu kolarskiego, jaki miał tu odbyć się dnia następnego. Byliśmy wytrwali do końca – wytrwali w nietrafieniu na właściwy track. I w tym krył się największy urok tej wyprawy. Objechaliśmy trasę wyścigu dokładnie dookoła, drogami równoległymi i tymi tuż obok. W którymś momencie nawet przez chwilę byliśmy w jednej z miejscowości przez którą miałam jutro jechać, ale i tak jechaliśmy w odwrotnym kierunku. Od samego początku natrafialiśmy na złych przewodników. Pani ze sztucznymi, czarnymi rzęsami w miechowskim rynku poradziła skręcić w Partyzantów i potem cały czas prosto. Tym niewłaściwym prosto dojechaliśmy do Charsznicy, kapuścianej stolicy Polski. Zewsząd wdzierał się nozdrzami zapach kapusty. Pola były wszędzie. Uprawy, poza kapustą, skąpe.

Stolica kapuściana.

W Chodowie spici panowie poradzili skręcić za kościołem i potem prosto, przez tunel. Tunel okazał się miejscowością a nie drogowym tunelem. Pani w ogródku zapytana czy tędy dojedziemy do Podleśnej chciała opowiedzieć o wszystkich drogach jakie tam prowadzą. Odpowiedź tak / nie przyszła od pani z sąsiedniego domu. W Kozłowie, w czasie postoju na zjedzenie brzoskwini, zaczepiliśmy lokalnego starca kupującego ćwiartkę o 13-stej, pytając jak dojechać do Rogowa. Powiedział, że wie, ale najpierw zapytał nas – A gdzie jesteśmy teraz?Pan nie wie gdzie jest?Nie wiem, ale proszę na mapie to pokazać – wyrywał mapę i chciał koniecznie zobaczyć gdzie jesteśmy. Nie do wiary! Udało się. Dowiedział się od nas, że jesteśmy w Kozłowie, wtedy już zaskoczyło i pokierował nas na Rogów. Znowu rozwidlenie dróg. Wybraliśmy złą odnogę, ale Remik wiedziony intuicją nawrócił nas w porę. Jechaliśmy na Książ wciąż omijając trasę wyścigu. Wreszcie wyjechaliśmy na główną drogę, którą w 13 km mieliśmy być z powrotem w Miechowie. Złapał nas deszcz, który okazał się wielkim dobrem. Byliśmy mocno zgrzani dotychczasowym słońcem, 40 km było za nami. Deszcz przyniósł upragnioną ochłodę. Odkryliśmy kolarski Miechów!

To z Remigiuszem ćwiczyłam jazdę w spd-ach, to z nim zaczynałam szosować. Na tym tripie znowu okazał się być moim mentorem i inicjatorem, może w czynności nieco obrzydliwej, ale cholernie przydatnej. Kiedy zobaczył, że wyjmuję chusteczki higieniczne i chcę jak dama pozbyć się kataru krzyknął swoim donośnym głosem – A co to jest tu Wersal?! Co w nosie to na szosie! I tak oto, metodą małych prób, początkowo nieudanych, zaczęłam uczyć się iście męskiej czynności czyszczenia nosa na szosie. Mała to rzecz i można by rzec – nierowerowa, ale sięganie po kolejną chusteczką, jak to robiłam dotychczas, zajmowało mi dużo czasu i często wyprowadzało z rytmu jazdy. Nie miałam wyjścia. Musiałam się nauczyć. Z Remikiem tak to właśnie jest. Merci.

@ Remik – na zawodach opanowałam do perfekcji ten sposób;)

13 km do Miechowa. Przerwa na brzoskwinię.


Komentarzy: 0
Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.