Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Trzygodzinny maraton impresjonistyczny

Piątek, 8 lipca. Wróciłam zmęczona po całym tygodniu pracy i treningów. W głowie miałam tylko jedną myśl – rower. Następny dzień zapowiadał się intensywnie – wiedziałam, że ślub i wesele mojej koleżanki ze studiów, Asi, będzie wymagało dużo energii tanecznej i towarzyskiej. Mama radziła odpocząć, moja głowa nie chciała tego słuchać. Via kompromis, zdecydowałam uciąć sobie krótką przejażdżkę, godzinę, max dwie. Wróciłam po ponad 3.

Popołudnie było duszne a ciężkie chmury groziły deszczem. Zapięłam kask, schowałam kurtkę przeciwdeszczową do kieszonki koszulki i ruszyłam. Najprostsza droga na wydostanie się z Krakowa to ulica Księcia Józefa. Przemknęłam najszybciej jak się da pomiędzy rozwścieczonymi krakowskimi kierowcami. Skręciłam na Kryspinów. Minęłam wszystkie budki grillowe, zapach kiełbasy zakręcił mi w nosie, ale nie było mowy o jedzeniu. Jezioro było spokojne, nie było prawie nikogo. Cholerzyn minął szybko, skończyli połowę asfaltu, druga połowa była ciągle dziurawa jak ser szwajcarski. Minęłam Mników, mimo, że miałam ochotę pojechać do romantycznej Doliny Mnikowskiej. Kiedy indziej – pomyślałam. Nie było tego punktu na mojej trasie. Na wjeździe do Czułowa przywitał mnie niegroźny podjazd na dziurawym asfalcie. Przemykałam po krajobrazie polskiej wsi – pola, kukurydza, traktory, zapach obory, stodoły… Byłam 15 km od Krakowa a wydawało mi się, że jestem gdzieś bardzo, bardzo daleko od dużego miasta. Wypatrywałam tabliczki z napisem „Frywałd” do którego chciałam dotrzeć. Nie zatrzymując się, zapytałam napotkanego chłopca w gumiakach czy dobrze jadę. Uśmiechnął się szeroko i odpowiedział coś, czego nie zrozumiałam. Był tak uśmiechnięty i zadziwiony moją obecnością, że pomyślałam, że mówi tak. Kontynuowałam. Dotarłam do Czułówka. Nie dające się objąć wzrokiem żółto-pomarańczowe pola rozciągały się przed moimi oczami. Zachodzące słońce nade mną i ciepłe pola obok, sprawiły, że poczułam ulgę i spokój. Nic ani nikt nie przeszkadzał tutaj przyrodzie. I mnie. Chłonęłam ciszę i grzałam się słońcem.

Czułów i genialny pomarańczowy zachód słońca nad kukurydzianymi polami.

 2 km dalej nie było ani śladu Frywałdu. Zapytałam 3 tubylców z przydrożnego baru czy dobrze jadę. „Oj nie! – wykrzyknęli zgodnie znad puszek piwa – To zupełnie w drugą stronę… Musi Pani wracać – byli przyjaźni – ale droga z powrotem nie jest taka sama jak droga do” – powiedział jeden z nich. Racja. Nie marudząc nawróciłam i jeszcze raz przemknęłam przez czułowskie rozgrzane pola kukurydzy. Dojechałam do wskazanego punktu – droga zamknięta z powodu remontu. Gdyby nie błoto i dziurawa droga mogłabym spróbować. Ale podjazd błotny nie bardzo mi się uśmiechał. Za radą spotkanego przypadkowo chłopa pojechałam do Mnikowa. Tam, Doliną Mnikowską mogłam dotrzeć do Frywałdu. Ruszyłam jak huragan. Odwiedziłam Dolinę mimo, że tego pierwotnie nie zamierzałam. Młode chłopaczki przy sklepie zachęcali mnie – „Są tam strumyczki, skały i romantyczne widoczki” – kiedy zapytałam ich o najlepszy wjazd do Doliny. Zaczęła się zasadnicza część wyprawy. Duszna dolina, parna mgła unosząca się tuż nad ziemią, pustkowia, gęste lasy i wysokie skały wapienne.

Dolina Mnikowska i jej wapienne skały.

W Dolinie Mnikowskiej jest parno, duszno i wilgotno. Momentami przerażająco.

Asfalt był mokry, parował. Minęłam kilka domów zastanawiając się jak to jest mieszkać tak daleko, gdzieś w gęstym lesie. Nie wjechałam do samej Doliny. Wiem, że jest tam bardzo pięknie. Zostawiłam to na jakąś ciepłą niedzielę. Musiałam pamiętać o czasie. Była już 20-sta a miałam jeszcze sporo drogi przed sobą. Rozpędzałam się na zjazdach ufając, że jeśli od 2 km nie minęłam żadnego samochodu, to już go nie minę. Auto nie pojawiło się. Za to zaskoczył mnie ktoś inny. Wataha 5 zjadliwych i rozszczekanych psów, które wyskoczyły skądś nagle. Ostre zęby próbowały dosięgnąć pedałów. Przyspieszyłam ile sił w nogach. Przestraszyłam się nie na żarty. Byłam wpięta w spdy i nie mogłam już odpiąć nogi, żeby pogrozić im kopnięciem. Chciałam jak najszybciej pedałować. Po kilkudziesięciu metrach odpuściły a mnie odrobinę rozśmieszyło to zdarzenie. Pomyślałam jaki m prędkościowym mobili zatorem w czasie treningów mogłoby być takie stado wściekłych czworonogów. Po 5 km wyjechałam z Doliny. Przywitał mnie Baczyn. Maleńka wioska wtopiona w las bez żadnych cech szczególnych. Wreszcie zaczęły docierać do mnie odgłosy szybko jadących samochodów. Wyjechałam wprost na autostradę. Tabliczka wskazywała – Zalesie w lewo, Kraków w prawo. A kawałek za tym znakiem wreszcie zobaczyłam Frywałd, który był moim celem. Miałam według planu objechać go, wrócić na Morawice i kierować się potem na Balice. Była 21-sza. Zrezygnowałam z Frywałdu i pojechałam wg znaku – w prawo na Kraków. Wjechałam w las. I im dalej, tym było ciemniej. Nagle korony drzew były już tak gęste, że ledwo widziałam ścieżkę. Przerażenie nr 2. Wyobraźnia podsuwa Ci koszmarne obrazy w takich warunkach – samotna kobieta, bezbronna, ciemność i las. Kręciłam pedałami krótko i mocno. Obracałam głowę co jakiś czas, żeby upewnić się, że nie ma nikogo za mną. Nie spojrzałam nawet na licznik, nie wiem ile jechałam przez te leśne ciemności. Wyjechałam prosto na przejście nad autostradą A4. Ucieszyłam się, bo ona usytuowała mnie na mapie – wiedziałam gdzie jestem.

Nad autostradą A4. Brzoskwinia.

Jazda wzdłuż autostrady była frajdą, mogłeś wyobrazić sobie, że ścigasz się z samochodami. Jechałam równoległe do A4 i zadziwiająca była ta bliskość autostrady i leśnej ścieżki. Dziurawa a potem żwirowata droga wytrzęsła mną wystarczająco, żeby ucieszyć się na asfalt na który niedługo potem wjechałam. Byłam w Brzoskwinie. I oto zaczął się długi, ogromnie długi zjazd. Przez Aleksandrowice, które doprowadziły mnie do Balic. Było już po 21-szej, oto jechałam obok rozświetlonego lotniska. Wielkie hale, głośne maszyny, pasy startowe… Czułam się jak ktoś przypadkowy w wielkiej hali produkcyjnej. Nagle zobaczyłam dużo małych grupek ludzi, którzy stali i patrzyli w tym samym kierunku. Zwolniłam. Wreszcie odkryłam to miejsce o którym słyszałam już wiele razy – przystań z której można było oglądać startujące i lądujące samoloty. Zakochani przychodzili tu podziwiać je, przytulać się. Ale byli też rodzice z dziećmi, samotne wyspy, motocykliści. Wreszcie zbliżałam się do Krakowa. Ku mojej uciesze ponieważ było już przed 22-gą, czyli bardzo ciemno na podmiejskich drogach. To nie najlepsze warunki do jazdy szosą. Trzymałam mocno kierownicę, nie widziałam dziur ani kratek na jezdni. Lekcja na następny raz – planować tak trasę, żeby o 21-szej być z powrotem. Wola Justowska brzmiała już zupełnie znajomo. Pedałowałam szybko, ale ostrożnie. Nagle porywczo wyprzedził mnie motocykl i oto przed moimi oczami pofrunął 2 metry nad ziemią i wyrzucił kierującego. Pomyślałam – boże, nie żyje! Żył. Jacyś ludzie podbiegli, pomogli mu wstać i zaczęli zbierać części maszyny. I ja za kilkanaście sekund powtórzyłam jego wywrotkę, ale na zdecydowanie mniejszą skalę, ponieważ wyhamowałam w ostatnim momencie. Wpadłam w szeroką i głęboką dziurę w drodze. Nie miałam czołówki a biała lampka na kierownicy służyła tylko do oświetlania mnie. Szczęśliwie nabiłam tylko wielkiego guza na kolanie. Dołączyłam się do przekleństw motocyklisty na dziurawe drogi i pojechałam dalej. O 22-giej byłam nad Wisłą. Szczęśliwa, pełna wrażeń i bosko zmęczona. A rowerowy guz będzie moją ozdobą do pomarańczowej sukienki, którą zamierzałam ubrać na przyjęcie weselne następnego. Byłam z niego dumna…


Komentarzy: 0
Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.