Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Równica na mokro

Zacznę na gorąco i będę przesadzać – było mokro, brudno, zimno, miałam dreszcze, jechałam całą drogę zasmarkana, w butach chlapało, nie było o co się nawet wytrzeć bo wszystko przemoczone, na Równicy zjeżdżałam w mgle nie mając pojęcia czy za 10 m jest zakręt, obluzgały mnie błotem samochody, hamulce nie działały, zresztą ześlizgiwała mi się cały czas dłoń po manetkach, wypiłam dużo deszczówki (przez całe 90 km wypiłam tylko 1 bidon; powerade`a z kieszeni nie ruszyłam), jak wyspinałam się na metę na Równicę pochłonęłam dziesiątki ciastek…I wszystkie te zdarzenia razem wzięte spowodowały jedno – że czułam się po dotarciu na metę ogromnie SZCZĘŚLIWA. I to było takie pure-szczęście. Strumień satysfakcji, i zadowolenia z siebie. Co tam strumień! To był wodospad!!!

Moja najbardziej hardcorowa bike-przygoda jak na razie.

Z prognozy Coampa wyczytałam dzień wcześniej, że będzie padać. Nawet dokładnie – od 11-13 silny deszcz. I niestety, ale ta wiedza nie przydała mi się do niczego. Wzięłam ortalion, ale finalnie zostawiłam go w samochodzie. Oj żal potem był, żal ogromny do siebie…Za bezmyślność. 98 km z 2 podjazdami na Równicę zajęło mi łącznie 5 h 41 min. Z czego 5 h w deszczu, kapuśniaku, mżawce i pozostałych odmianach opadów deszczowych. Na początku jeszcze walczyłam z okularami myśląc, że może lepiej jak nie leje w oczy, to będę przecierać szkła, ale bezsensu…Nic nie było widać, ściągnęłam i już.

Bravo dla organizatorów za trasę! Uważam, że była genialna, challengowa i mocna;) Przewyższenia łącznie – ponad 1500 m!

Jechałam taka przemoczona jak gęś, zasmarkana, momentami przemarznięta, ale mimo wszystko – cały czas szczęśliwa. Ciary były – i z zimna i wrażeń, whatever. Przedsięwzięcie było to dla mnie ogromne, i walka z tym, żeby się nie poddać i nie uciec przed niepogodą, śliską nawierzchnią i ryzykiem – oj była, szczególnie na 46 km (zapamiętałam, bo spojrzałam wtedy rozpaczliwie i policzyłam ile czasu już za mną, i ile jeszcze przede mną, a na słońce, które by osuszyło nie było już co liczyć). Do podjazdu w Lesznej nie zsiadłam z roweru. Wyczytałam na forum, że chłopakom na tym podjeździe Garmin pokazywał od 15% do 20 % a momentem nawet 30%! To była ściana. Jeszcze nie dla mnie. A i fakt, że strumień deszczowy spływał ciurkiem po tej ścianie – spowodował, że z Lesznej zrezygnowałam. I zjazd z Cisownej – chyba było tyle samo co w Lesznej, tylko w drugą stronę. Rozwaga wzięła górę, i postanowiłam absolutnie nie ryzykować. Cały ten wyścig pokazał mi jedno – poznałam siebie od tej konserwatywnej, nieryzykanckiej strony jeśli idzie o zjazdy. Moje hamulce Shimano 105 okazały się za słabe na te warunki, choć nie wiem czy jakikolwiek model mógłby być w 100% bezpieczny na takie mokradła. Wiem, że zjeżdżając ze śliskiej Równicy, w dodatku zamglonej – hamowałam co sił w rękach do tego stopnia, że dzień po wyścigu najbardziej bolały mnie mięśnie rąk. Tak nie napinałam jeszcze nigdy! ;) Poza tym ześlizgiwały mi się dłonie po manetkach, było za pionowo w dół, i za ostre skręty jak na taką ślizgawicę. Poddałam ten zjazd. Zeszłam (dbam o nogi, i cholernie przestraszyłam się, że coś mogłoby się stać, dla sekty Spinning dodam – że pomyślałam wtedy właśnie o Spinnerze, że zarabiam kręcąc na nim, i byłby żal się uszkodzić. Abstrahuję od bycia całym i zdrowym w ogóle, że to boski stan, i za nic nie chciałabym go stracić!;) I to jeszcze na początku sezonu).

Ustroń podobno może być rekordowy pod względem DNF – niesklasyfikowanych. Wg listy – było ich 41 ! (na ponad 230 startujących).

Wiem też, że jeden z uczestników, Andrzej jest w poważnym stanie w szpitalu. Rower w szczątkach. Wszyscy kibicujemy, żeby jak najszybciej wrócił do zdrowia!

Mój czas: 5 h 41 min, średnia prędkość : 17, 243 km/h. Wiem, że to fatalne liczby dla tych, którzy się ścigają i zrobili ten dystans w 3 h, ale dla mnie sukcesem było ukończyć ten wyścig bezpiecznie, w całości, z bagażem nowych szosowych wrażeń. A nazbierało się tego. Z lekcji na przyszłość:

- słuchać prognoz,

- ortalion zawsze w kieszeni, jeśli jest tylko najmniejszy procent szans na deszcz, albo chociaż naramienniki i podkolanówki, co by cieplej było,

- w góry opaska na uszy,

- czekolada – bo o niej marzyłam ostatnie 5 km, i gdybym ugryzła kawałek, to może bym szybciej docisnęła na Równicę,

- nigdy się nie poddawać,

- zawsze bezpiecznie, do przodu i jak mówi BL: Nie myśl, tylko napinaj!

*** Podjazd na Równicę – niestety tylko 5 km/h, ale w jednym tempie i bez przerwy. Zjazd…nie mam żadnych liczb, była mgła i nie o liczby tu chodziło.

*** Av. RPH – 158 / Max RPH 172.

*** Spaliłam prawie 6000 kcal.

*** Wypiłam 0.5 l wody. Zjadłam 1 papkę brzoskwiniową.

*** Zwykle piszę jeszcze ile chusteczek zużyłam, ale tu nie zużyłam wiele, bo od razu przemokły a resztę poszło na rękawy i w rękawiczki;)

Przed startem, jeszcze słońce na niebie.

Meta na Równicy. Za nami – mleko, zamiast powietrza;)

I jeszcze drugie miejsce z 2 możliwych – za to, że pracuję dla HSBC;)


Komentarzy: 4
  1. Wojtek M. napisał(a): 15 maja 201217:42

    Byłem na mecie godzinę przed Tobą . Wielki SZACUN dla Ciebie. Poza tym : wszystko co napisałaś się zgadzało ! To trzeba było przeżyć….Xd

  2. marylapersona napisał(a): 15 maja 201222:46

    Właśnie…Z naciskiem na słowo „przeżyć”;) Kolejny start…Nowy Wiśnicz..Ale tym razem pogodę dokładnie sprawdzę i wyciągnę wnioski;)

  3. wojtek napisał(a): 16 maja 201219:10

    Gratuluje sukcesu.Nasze obawy przy odbiorze numerow byly wiec nie uzasadnione.

    • marylapersona napisał(a): 16 maja 201222:31

      I niemożliwe stało się możliwe!;)))

Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.