Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Pieskowa i niedżentelmeni

Zrobiliśmy ustaffkę. O 8 rano w niedzielę. Ja i 5 kolarzy. Chłopcy rozjeżdżeni, poważnie podchodzący do sprawy. Wof – pomyślałam – będzie kto miał ciągnąć, mobilizować a może coś podpowie jak jechać lepiej, szybciej, co warto wiedzieć. Miałam nadzieję, że chłopaki będą chcieli się męsko powymądrzać a i ja posłuchałabym chętnie i z pokorą.  Zostawili mnie po 15 km. Wiem, że wpadłam w ogon, ale robiłam co sił w nogach. Takie miałam tempo, tyle sił, i tak byłam o krok szybsza niż zwykle, bo chciałam im dorównywać. Póki jeszcze widziałam ich plecy, było ok. Ale jak na 18 km już przestałam, to przestawiłam się na swoje tempo. Przyspieszałam co ileś, ale 5 osobowa grupa z którą wystartowałam objawiała mi się już tylko wyłącznie jako fatamorgana. Miałam nadzieję, że ich widzę – na nadziei się kończyło. Na 40 km dzieje się rzecz niezwykła – oni jadą za mną! Widać więc jak świetnie się rozjechaliśmy. I dalej dzieje się rzecz niezwykła – przejeżdżają obok mnie jak gdyby nigdy nic! Oglądam ich plecy a potem już nawet plecy giną na horyzoncie. Naszym celem jest Pieskowa Skała. Dojeżdżam tam po 90 minutach. Nikt z moich kompanów nie czekał, nie przystanął a próba nawiązania kontaktu kończy się wiadomością sms o tym, że jadą do domu.

Tyle ze wspólnej wyprawy. Wyjeżdżam pod zamek królewski, podjazd niczego sobie, warto. Pogoda zaczyna się pogarszać, i od tej pory będzie już tylko gorzej.

Zaczyna padać deszcze nr 1. Wchodzę do przedsionka dziedzińca zamkowego i zatrzymuje mnie pan ochroniarz – Z rowerem nie wolno! Nie wolno, bo to nie pasuje do królewskiego dworu (tak samo jest w niepołomickim zamku). Komentarz nieznajomego ucina moje niezadowolenie i rozśmiesza wszystkich obecnych: Rower nie pasuje, a ta limuzyna Lexusa to bardzo pasuje do renesansowego zamku! Czy to nie jest krótkie, dosadne, ironicznie arcydobre?

Hatchbacki i inne silniki bardzo pasują do zamku.

Przeczekałam deszcz nr 1. Wracam do Krakowa, przez Ojców. Nie ujechałam 3 km zaczyna się deszcz nr 2. Ale śmigam, deszcz zacina, myślę, że skoro nagle tak mocno daje, to zaraz przestanie. Po 10 minutach w strugach wody z nieba, zatrzymuję się i pod drzewem Parku Ojcowskiego przystaję. Ale ile można tak stać! Deszcz dalej pada, ale myślę, że dam radę. I znowu cisnę. Nadchodzi deszcze nr 3. Natrafiam na wielkie skupisko ludzi, którzy podążają poboczem, spieszą do samochodów. Po mszy! Niestety obok drewnianego jasnego kościoła nie ma żadnego schronu, knajpy, nic. Mijam rowerzystę, który sprytnie schronił się  wystarczająco dużym wydrążeniu w skale i nic nie kapie mu na głowę. Pada deszcz nr 4, wcale mi nie straszny, nie zacina przynajmniej. Wola Kalinowska przynosi nagrodę – nie pada i cieszy oko łąkowym krajobrazem. Takie przestrzenie ciągną się kilka kilometrów, domy po bokach ulicy, spokój, niedziela.

Wola Kalinowska jeszcze dzika.

Za kilka kilometrów wyjadę na ulicę Jasnogórską. Czyli już prosto na Kraków. Szczęśliwie jest pas pobocza, którego będę się trzymać. Deszcz nr 5 pojawia się na wysokości Białego Kościoła. Do Krakowa zostało mi 12 km. Cisnę ile się da, ale samochody prują tak szybko, i nierozważnie, że po raz pierwszy czuję lęk przed drogą. Jest ślisko i mokro, muszę bardzo skupiać się na tym, żeby prosto jechać. I nagle – TIR-owa kąpiel błotna! Śmignął obok mnie z prędkością powyżej 70 km/h! Chlust na mnie wszystko spod kół, zatrzęsło mną porządnie. I w końcu finałowy deszcz, pokazowy jak na ten dzień. Zacina w oczy tak mocno, że właściwie niewiele widzę. Już nawet nie myślę, że jest ślisko, i jestem na 2-pasmówce, gdzie nikt nie przejmuje się jadącym poboczem aluminium. Myślę tylko o jednym – że muszę się zatrzymać. Dojeżdżam do przystanku autobusowego i postanawiam się już nie ruszyć stamtąd. Jestem przemoknięta, i zaczynam marznąć, ale tak porządnie, od święta. Mięśnie już mi się tak trzęsły z zimna kiedyś. Ale wtedy przynajmniej jechałam, a tu muszę stać w miejscu. Próbuję podskakiwać, ruszać nogami, rękami i wytworzyć jakoś ciepło. Autobus przyjeżdża za 20 minut, co i tak jest cudem, bo przystanek Przy Chruście nie należy do często odwiedzanych przez komunikację miejską.

Zacina nieubłagalnie.

I najmilsza wiadomość tego dnia – kiedy podbiegam do kierowcy i błagam, żeby mnie wziął (pamiętam jak kiedyś motorniczy wyprosił mnie z tramwaju). I oto dowiaduję się u źródeł - rowery mogą już swobodnie jeździć tramwajami i autobusami miejskimi! ;) I nie muszą płacić za bilet;)

Gdyby tylko nie padało tak zaciekle i pod wiatr, dokończyłabym trasę. Ale wizja przeziębionych nerek i Furaginu kazała mi podejść do sprawy rozsądnie;)

Dotarłam szczęśliwie do domu, po 6 godzinach zmagań się z deszczem.

Chłopcy już nie odezwali się. Chociażby po to, żeby zapytać czy wszystko ok.

Złamali podstawową zasadę teamową: jeśli razem wyruszamy, to razem wracamy.

Jako kolarze mieli prawo pędzić jak strusie, ale jako dżentelmeni mogli chociaż zatrzymać się u celu. Nie mówię już  nawet o tym, że nie odezwał się nikt po tej wyprawie. Zapytać ot tak zwyczajnie czy dotarłam, czy wszysyko ok.

No more comment.

Doceniam wartość solówek jeszcze bardziej!;)


Komentarzy: 0
Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.