Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Od zachwytu do zwątpienia – Lanckorona po raz pierwszy

21 maja. Moja wyprawa do Lanckorony była pierwszą wspinaczkową jazdą, która poprowadziła mnie od zachwytu do zwątpienia. Musiałam być w Lanckoronie w południe, czekałam tam na mnie Magda. Miałyśmy zarezerwowany tam nocleg w przeuroczej retro willi na samym szczycie Góry Lanckorońskiej, skąd widok zapierał dech w piersiach (polecam: http://www.willa-zamek.pl/). Wyruszyłam wcześnie rano z Krakowa, przez Skawinę w kierunku Kalwarii Zebrzydowskiej. Inaczej zaplanowałam trasę, ale jak przystało na moją niedoskonałą orientację, nie skręciłam na Rzozów, który doprowadziłby mnie najszybciej do Lanckorony. Dobrze się jednak stało, ponieważ tour przez Przytkowice i Zebrzydowice ubrał mnie w pierwsze doświadczenie podjazdów z 11% nachyleniem. Widoki – boskie, spokojne, pola, dachy i gdzieś daleko horyzont… Zachwycałam się, zdobywałam małe pagórki, chłonęłam słońce i cieszyłam oczy. Do pierwszego podjazdu nie byle jakiego. Początkujący nie ma jeszcze pojęcia jak najlepiej i najwygodniej będzie mu zaatakować wzniesienie, czy siedząc, czy w górze, czy rozpędzić się na starcie, czy jednostajnie… Zaatakowałam. Miksując siedzenie i mocne położenie na rowerze z jazdą w górze. Na przemian, zbyt szybko, wykonując za dużo niepotrzebnych ruchów. Dostałam zadyszki, zmęczyłam się wyjechałam i padłam. Rzuciłam rower, próbowałam złapać oddech i polewałam się wodą. Okrutnie bolał mnie kark a od niego głowa. To był dopiero pierwszy mocny podjazd, jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie w samej Lanckoronie.

Do zapamiętania dla begginersów – jeśli odepniesz się na podjeździe, to jest duża szansa, że boleśnie pocałujesz asfalt. To doświadczenie – zaliczone;)

Wspinaczka na Górę Lanckorońską.

Każdy biker wie, że za najtrudniejszym podjazdem, czeka na niego zjazd. I na tą przyjemność pracujesz nogami wspinając się na 11%. Potem pokonałam jeszcze mniejsze podjazdy, jeśli dobrze pamiętam 9 %. Starałam się odnaleźć pozycję w której byłoby mi najlepiej i najefektywniej. Zdecydowanie na siedząco. Wydaje mi się to też pozycją bezpieczniejszą na szosie, ponieważ jedziesz stosunkowo prosto. Kierowca widzący kolarza skaczącego na rowerze i kołyszącego się lewo-prawo nie ma pojęcia, co ten zrobi i może chcieć przejechać dokładnie po prostej niemalże ocierając się o rower. Po wspinaczkach, były szybkie zjazdy. Odzyskałam siły, zregenerowałam się i kręciłam dalej. Objechałam Kalwarię i po najdłuższym w tej trasie, ponad kilometrowym zjeździe, który dodał mi poweru, bo osiągnęłam po raz pierwszy 35 km/h na liczniku, dotarłam przed tabliczkę Lanckorona. Zaczął się wyczerpujący i bolący podjazd z 282 m do 482 m (http://www.bikemap.net/route/989497). W połowie opadłam sił, bidon był pusty, domy w których mogłabym poprosić o wodę daleko przede mną. Siadłam na pniu gdzieś na poboczu i próbowałam uspokoić oddech, serce i trzęsące się nogi. W głowie biłam się z myślą – Ale po co to, czemu ja to robię, za co tak cierpię? Nie mogąc podjechać pod górę czułam się winna. Że jestem za tęga, że nie trenuję nic, że dostaję zadyszki, że jestem słaba. Czułam się winna za ten brak kondycji. Byłam na siebie wściekła! Z drugiej strony – roztaczał się przede mną wspaniały widok, obok leżał rower, który mnie tu przywiózł i miałam za sobą 3 h pełne wrażeń. Bez tego potu i łez nie byłabym tutaj gdzie jestem. Czyli jestem jeszcze słaba, ale jestem na najlepszej drodze, żeby to zmienić – ratowałam się tą kontrmyślą. Ruszyłam dalej. Powoli i spokojnie mając w głowie tylko to, że tak wiele za mną a już tylko trochę do mety. To daje kopa! Cały czas dbając o oddech kręciłam pedałami. Wdychałam powietrze głośno nosem i wydychałam głośno ustami. Nie było nikogo wokół, nie musiałam się tego wstydzić, byłam tylko ja, moja walka nogami i walka w głowie o to, żeby się nie poddać i nie chcieć zejść z roweru. Sam podjazd na Górę Lanckorońską (wzdłuż cmentarza – dla tych, którzy kojarzą) był już dla mnie niemożliwy. Jeszcze nie ten level. Ale wrócę tam i wyjadę na samą górę!

Dlatego warto się wspinać. Żeby potem jeść śniadanie na tarasie z takim widokiem.

Cel podróży - śniadanie z takim widokiem.

Dotarłam do mety po ponad 3.5 godziny. Na Rynku w Lanckoronie przywitała mnie Magda z butelką wody. Byłam nieziemsko zmęczona i bosko szczęśliwa. Jedyny ból z jakim przyszło mi się uporać, to ból głowy paraliżujący od karku. Nie wiem czy wszyscy początkujący kolarze też cierpią od nienaturalnej pozycji głowy w czasie jazdy, niemniej już w następnej trasie pamiętałam o tym, żeby nie fiksować karku w jednej pozycji zbyt długo. To i inne doświadczenia jakie uzbierałam w tej bike-owej trasie były bezcenne. Nie wracałam do Krakowa tego samego dnia. Zresztą uroczej Lanckorony nie da się opuścić tak szybko…


Komentarzy: 0
Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.