Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Najbardziej mokre dośwadczenie szosowe

Ten tekst powstaje ze szczególnego miejsca…17-ego piętra, z balkonu z widokiem na Bałtyk… Obok mnie stoją przytulone do siebie dwa rowery : holenderska Sparta z niemieckim Bullsem. Przyjacielska, vintage, modna i piękna Sparta z twardym, mocnym, wyczynowym i odważnym Bullsem. Ja i Greg.

Vintage Sparta i twardy Bulls.

Wreszcie dotarłam do celu, północ Polski, Sopot, do mojego przyjaciela Grega. Pierwszego dnia wyleżałam się na plaży. Widok morza zawsze powoduje u mnie te same ciary, kiedy zmierzasz alejką do morza i stopniowo, ku Twojej wielkiej radości wyłania się przed Tobą szeroka woda z którą zlewa się niebo.

Na dzień następny zaplanowałam trasę. Greg doradził Wyspę Sobieszewską. Nakreśliłam na mapie trasę, 30 km a potem jeśli będę miała chęć – to do Krynicy Morskiej, drugie tyle. Wyruszyliśmy o 8 rano, Greg do pracy, ja w kierunku Gdańska. Zachmurzone niebo wydało mi się deszczową zapowiedzią, Greg uspokoił, że zawsze tak jest rano nad morzem.

Gdańskie stalowe pająki.

Dlatego nie wzięłam kurtki przeciwdeszczowej. Ta sama naiwność, ta sama głupota ze scenariusza gnieźnieńskiego. Ledwo ujechałam 5 km. Ulewa. Przeczekałam pod drzewem. Pojawiła się myśl czy nie wracać zawczasu, ale moja wyprawa, mój plan! Nic nie stanie mi na przeszkodzie.

Uwaga – to zdanie nie będzie odkrywcze, ale warto to napisać – po ulewie na drogach zostają kałuże. I nawet jeśli już nie pada, to woda z tych kałuży ląduje właśnie na Tobie, kiedy szosujesz. Do Gdańska zaliczyłam kilka przymusowych kąpieli błotnych, ale pocieszałam się myślą, że nie pada. Za rondem Solidarności ulewa nr 2. Schroniłam się w dworcowym przejściu podziemnym. Czekałam, myślałam, może wracać. Nie. Zobaczyłam napis „Tourist information”. Jak można dostać się na Wyspę Sobieszewską? – zapytałam. Zmodyfikowałam plan – na wyspę, póki co, dostanę się autobusem, a wrócę rowerem, może rozpogodzi się do tego czasu. Autobus linia nr 112. 30 minut, padać przestało, wysiadłam w zakolu Martwej Wisły. Rzeczywiście pięknie i spokojnie, jak polecał Greg. Znowu deszcz, krople, zimne. Nowy plan za inspiracją znaku – Ferry i Krynica Morska ->. Jeśli tam padało, tutaj pada, to może 30 km przede mną nie pada. Do promu było niecałe 10 km. Szosa prosta, fajna, wzdłuż domków kempingowych. Kolejne kąpiele błotne, w butach zaczynam mieć wodę. Koniec Gdańska, prom i przeprawa. Wszędzie jest mokro, na promie mokro, potem błoto, mokra szosa, zimno. Mokre siodło, mokre rękawiczki.

Przeprawa promem. Rower - 2zł.

Ja jednak cały czas mam nadzieję na wielkie słońce, które nagle pojawi się i wszystko osuszy. 30 km do Krynicy. Łatwa trasa, prosto non stop. Na 10 km zaczyna grzmieć. Pada. Jadę mimo to. Mokra jezdnia dla moich cienkich opon oznacza nic innego jak brak hamulców. Chcę zdążyć przed ciemną chmurą, którą mam na plecach. Na razie tylko deszcz, nie ma ulewy. Z brawurą przejeżdżam przez mokre tory i oto leżę jak długa. Mocno upadam na kolano i łokieć, ocieram do krwi, trochę mnie szczypie, ale jestem cała. Żaden z samochodów, które mnie minęły, nie zatrzymał się, żeby zapytać czy wszystko ok. Rośnie mi guz na kolanie, ale jadę szczęśliwie dalej;) Nauczka na zawsze – tory są śliskie. Banalne, ale znowu nauczyłam się własnym obtarciu kolana.

Możecie tylko wyobrazić sobie jak ponętnie wyglądam – jestem schlapana kałużami wszędzie – na spodenkach, koszulce, okulary brudne. Jest wątek survivalu, jest risk, jest fun! (An, pomyślałam wtedy o Tobie, że pewnie Tobie by się podobało;) Na całej trasie minęłam 2 szosowców, oboje przywitali się po kolarsku.

W Kątach Rybackich koniec części pierwszej wyprawy. Nagle uderza fala deszczu, chowam się do „Tourist information” (mam szczęście do nich tego dnia). Grzmoty, pioruny, ciemno i zimno. Panie pozwalają mi schować rower, nie mam odwagi zapytać czy mogę usiąść (mam brudny od drogowego piasku tyłek). Biuro jest obskurne, i na oknie wisi najedzony pająk, ale jednak nie chcę naruszać tego pozornego porządku. Proszę jedynie o wodę utlenioną. Nie mają, ale jakiś Pan z muzeum Zalewu Wiślanego obok przynosi to, co ma – bandaże, plastry i wodę ważną do kwietnia 2011. Dobre i to. Panie robią sobie kawę i zajadają ciasteczka. Nie oczekuję szczególnego potraktowania, ale wyłącznie grzecznościowego. Marzyłam o herbacie w tym momencie (Magda, Ty wiesz, że ja nie cierpię herbaty, i tylko wyjątkowe okoliczności mogłyby mnie zmusić do jej wypicia;). Było mi autentycznie zimno. Trudno, wypiję w Krynicy. Do niej jeszcze 15 km. Przestałam w tym biurze dobre 40 min. Pani na każdy grzmot pioruna chowała się w kąt i mówiła – o jezus. Przestaje padać, albo inaczej – nie ma już ulewy. Zbieram rzeczy, zakładam mokry kask i rękawiczki. Odtąd droga do Krynicy to już tylko prosta jezdnia, dziurawa na poboczach, z lewym i prawym pasem i lasem z każdej strony. Jeszcze przez moment jadę wzdłuż Zalewu, to fajna przygoda tak mknąć wzdłuż wielkiej wody. Za chwilę zaczyna się już tylko las. Zdejmuję okulary, są tak zachlapane i zaparowane, że nic przez nie nie widzę. Kropi, znowu deszcz! Ale jadę. Kołyszę się na boki. Jadę środkiem pasa, bo pobocza są śliskie, blisko z nich do wylotu na drzewa, dziury i kałuże. Samochodów niewiele, mogą łatwo mnie wymijać. I przymusowy przystanek nr 2. Zaczyna uderzać z nieba tak mocny i zimny deszcz, że tracę równowagę. Cudem zanotowałam przystanek, który minęłam kilka metrów wcześniej, wracam do niego. I tam przeczekuję burzę, najgorszą jaką dotąd słyszałam – trzaska tak mocno piorunami, tak wyraźnie i przeszywająco, że za każdym razem mam wrażeniem, że uderza obok mnie. Kapie mi na głowę przez ten dziurawy dach przystanku, ale dobre schronienie i takie, niż szczery las. Tak, byłam przez moment przerażona. Wiedziałam, że to musi przejść, ale grzmoty w lesie są hiperdonośne. Błysk, słyszalny lot pioruna, uderzenie! I bum! 40 minut czekałam w moim schronie. Miałam czas przyjrzeć się rowerowi, zauważyłam jakąś odkręcającą się śrubkę, ale wkręcić rękami nie dało się. Nie działała mi 3 przekładnia, najcięższa. Próbowałam dociec czemu, nie wiem. Łańcuch nie chciał na nią wskoczyć, jechałam na 2, też ok., ale zastanawiałam się czy może to mieć jakiś związek z cierpiącym wózkiem o którym mówił Pan z Centrum Rowerowego w Bydgoszczy… I tak ogólnie, rowerowo sobie dumałam.

Przestało padać. Wracam na szosę. W butach pochlipuje woda, w zasadzie tylko to jest najgorsze. Dostaję po plecach jeszcze trochę kałuży, ale wreszcie zdobywam Krynicę. Jestem, dotarłam, nic mi nie jest, idę na gorącą herbatę i smażoną rybę.

Przechodnie pytali czy dotarłam tu rowerem. W zasadzie tak;)

Nagroda.

Burza nadmorska nadciąga. Tak by to mniej więcej wyglądało.

Powrót rowerem – w obliczu spektaklu burzowych błysków na niebie – nie wchodził w grę. PKS. I to najsmutniejsze doświadczenie tego, że są ludzie i ludzie. Wiem, że mało atrakcyjnie wyglądam w tym błotnym przebraniu, ale litości! Niech się zlituje nade mną i mnie weźmie do Gdańska. A rower mogę trzymać całą drogę. Usłyszałam od kierowcy PKS-u –Jak sobie Pani tu przyjechała rowerem, to niech Pani sobie nim wraca… Gdybym miała bardziej dziarską naturę, mogłabym mu odpowiedzieć – Ty chamie. Albo gorzej. Właściwie chciało mi się płakać jak to usłyszałam. Po pokonaniu jednak takiej trasy, niby niewiele 40 km, ale w takich warunkach to można by pomnożyć co najmniej razy 2, wydawało mi się, że takie chamstwo jest ostatnią rzeczą, która może mnie spotkać. A jednak. Zapytałam Panią w kasie czy może mi pomóc, i poradzić jak wrócić do Gdańska… Powiedziała – Może być ciężko z rowerem… Stałam tak w deszczu i nabierałam siły. Pomyślałam, że wynajmę nocleg, przeczekam, i wyruszę rano. Nie ma sytuacji bez wyjścia. Zwłaszcza jeśli się już jakoś weszło w sytuację;) Poszłam do bankomatu, wyjęłam pieniądze i przechodząc obok kasy biletowej usłyszałam – Proszę Pani, ten kierowca Panią weźmie. Ze zbitym wzrokiem powiedziałam – Naprawdę…? Z nieba mi Pan spadł… Wpakowaliśmy rower do luku bagażowego w autobusie, bez problemu wszedł, Pan okazał się bardzo pomocny. Taka już jestem, że za okazaną pomoc, zwłaszcza jeśli wiem, że tej osoby pewnie już nigdy nie zobaczę – zostawiam napiwek. Mogę Panu zostawić napiwek? – A pewnie – odpowiedział.

Cała wyprawa zaczęła się o 8 rano, zakończyła o 16.30. Kosztowała mnie dużo nerwów, emocji ale i dała bagaż wrażeń, od których jestem po prostu uzależniona.

Trasa: http://www.bikemap.net/route/1214023

Droga była prosta i banalna, można bosko kołysać się, rozpędzić i próbować osiągi 30 km/h i więcej na prostej.

- Dlaczego tak się stroisz? – zapytał mnie Greg wieczorem, kiedy szliśmy na zasłużoną kolację.

Rano byłam rowerowo mokra i brudna, ale przecież jestem kobietą;)

-Może dlatego, że cały dzień zażywałam błotno-kałużowej kąpieli…I teraz mam ochotę po prostu pachnieći ładnie wyglądać ;) – odparłam. A po kolacji puszczaliśmy nad morzem lampiony… I to było najcudowniejsze ukoronowanie tego dnia i tej wyprawy…

Moje życzenie jest różowe.

 

I poleciał!


Komentarzy: 6
  1. Ann Constance napisał(a): 25 sierpnia 201113:23

    gratuluję pokonania tak trudnej i wyczerpującej drogi! Jesteś wielka!

  2. Anonymous napisał(a): 25 sierpnia 201113:39

    marta, jesteś cudna!! opublikuj kiedyś książkę z rowerowymi przygodami : ) mazurek

  3. marylapersona napisał(a): 25 sierpnia 201115:02

    Opublikuję;)

  4. Anonymous napisał(a): 25 sierpnia 201116:10

    Twoja przygoda z rowerem, moja pierwsza przygoda z blogiem! Twoim blogiem, ktory z wielka ciekawością czytam :)
    KB

  5. Anonymous napisał(a): 28 sierpnia 201111:24

    Jestem z Ciebie dumna :)
    S

  6. Ulka Bzdurka napisał(a): 28 września 201116:21

    ludzie się nie znają! przecież wiadomo, że kobieta w błocie to cudo :) nie poddajesz się, brawo!

Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.