Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Lanckorona Tour 2011

Lanckorona była moim pierwszym wyścigiem… Kiedy dzień wcześniej przyjechałam się zarejestrować usłyszałam w biurze zawodów – Nareszcie jakaś kobieta! Wciąż mało startuje kobiet w wyścigach szosowych.

Jako rasowy debiutant kupiłam batoniki energetyczne, tabletki musujące Isostar, i wulkan węglowodanowy w postaci musu jabłkowego (debiutanci zawsze myślą, że batoniki dodadzą skrzydeł, dobry rower sam poprowadzi, a dobre buty same pobiegną;) Wszystko się przydało.

Wyścig w Lanckoronie był dla mnie jak wstęp do książki naukowej – trudny, pouczający, mocno wprowadzający w specjalistyczny temat. W temat wyścigów w ogóle, szosy, gór, szybkości, rywalizacji, psychiki kolarza.

Jak zapamiętałam trasę? Stroma, stroma i jeszcze raz stroma! Panorama Beskidu Małego rekompensowała momentami zmęczenie, ale nie wystarczyła, by swobodnie i lekko pokonać zaplanowaną trasę. Nie wiedząc nawet o tym, wzięłam udział w I AMATORSKICH MISTRZOSTWACH POLSKI W MARATONIE SZOSOWYM w Lanckoronie. Niechcący zajęłam pierwsze miejsce, bo i konkurentek było niewiele – jedna.

O samej trasie napiszę tyle – trudna, podjazdowa i wyczerpująca. Ale zdarzyło się coś innego na tej trasie – przekonałam się jak ważny, w tym przekraczaniu własnych możliwości, jest towarzysz drogi, którego spotykasz. Wojciech, z którymi pokonaliśmy trasę motywując się wzajemnie w najtrudniejszych momentach pozostanie moim najlepszym wspomnieniem.

Co było NOWE dla beginnersa jak ja? Gromada kolorowych strojów kolarskich, szczupłe sylwetki, nacieranie nóg żelem rozgrzewającym, rozmowy o bike`ach i ludziach z branży, o pokonanych, zdobytych, zwycięskich, przegranych. Stałam wyobcowana wśród tłumu profesjonalnych amatorów, którzy prześcignęli mnie już na odcinku 3-km trasy honorowej. Zjazd był mocny, stromy, szybki i dziurawy. Kiedy w momencie rozpędziłam się tak, że straciłam na chwilę kontrolę nad kierownicą, przestraszyłam się i wróciłam do swojej rozważnej postawy. A kolorowi mknęli jak błyskawice. Moim celem było ukończenie dystansu. Oni ścigali się naprawdę. Z Wojtkiem spotkaliśmy się po 15-stym kilometrze i tak już zostało. Były momenty, że ja zsiadałam, on zsiadał, podprowadzaliśmy. Był czas na rozmowę, wymianę krótkiego doświadczenia.

Kolorowi i zagubiona ja. / Fot. Marcin Kulig.

 

Prześcignęli mnie już na zjeździe honorowym. / Fot. Marcin Kulig.

 

Skupienie przed startem. / Fot. Marcin Kulig.

Spotkaliśmy też starszego kolarza, może po 60-stce, a może jeszcze starszego, który zdobywał najtrudniejsze podjazdy wyprzedzając nas, którzy prowadzili rowery.

Narty biegowe! To one kształtują siłę w nogach! – powiedział.

Potem dopingował mnie, kiedy przejeżdżałam linię mety atakując drugie okrążenie. Krzyczał: Marta, nie daj się! Jesteś wielka!

Na mecie pogratulował mi wytrwałości. Bałem się, że nie dasz rady, że nie weźmiesz drugiego okrążenia. Dałaś radę!

 Było mi ciężko momentami, czułam opór powodowany za dużym ciałem, za małą wprawą, rozmawiałam długo sama ze sobą… Przez głowę przeleciała mi torpeda wyrzutów – za gruba, za ciężka, za słabo! Zaraz potem armatka – pocieszycielka – Dajesz radę, pokonujesz, zdobywasz, nie poddajesz się! Ta walka armatki z torpedą była ciężka i długa. Zajęła ponad 3 h (3h21 min? Nie zapamiętałam). Było mocne słońce, napinający się tak mocno łańcuch, że momentami myślałam, że zerwie się na dobre…2 razy spadł, ale nie urwał się. Spocona, zmęczona, napięta i szczęśliwa dotarłam na metę. Czekali na niej moi rodzicie i znajomi.

Satisfied.

I Amatorskie Mistrzostwa w Kolarstwie Szosowym w Lanckoronie. / Fot. Marcin Kulig.

 

Pudło. / Fot. Marcin Kulig.


Komentarzy: 0
Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.