Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Kopiec na zamknięcie sezonu 2012

Ale wstyd! Żadnych wpisów od miesiąca. Ba! Nawet dłużej. Co na swoje usprawiedliwienie mam?

Egzamin przewodnicki jaki miałam 7 listopada. Zamarzyło mi się zostać przewodnikiem miejskim po Krakowie. Rok temu dokładnie. Kurs przewodnicki był moim najtrudniejszym (jak dotąd) naukowym doświadczeniem. Ani dwa kierunki studiów, ani nauczenie się francuskiego nie było tak trudne! Zajęcia 3 razy w tygodniu, ale co tam zajęcia! Łażenie po muzeach, wystawach, kościołach, uliczkach…Jak ja to ukochałam! Kraków posiada 123 kościoły. Niemało, było co zwiedzać przez ten rok;) Najtrudniejszy to był, ale zarazem najbardziej wdzięczny kurs jaki zrobiłam. Uśmiech, zaciekawienie i zaskoczenie na twarzy tych, którym opowiadam krakowskie anegdoty łagodzi ból oblania egzaminu po raz drugi. Za pierwszym razem to było świństwo (słynny case Jamy Michalika), za drugim razem miałam po prostu pecha. Trzecie podejście – w marcu.

Ale piszę to też dlatego, żeby usprawiedliwić swoje marne kilometry na rowerze w tym sezonie. Każdy możliwy wolny czas, zwłaszcza weekendowy oddawałam Krakowowi. Od rana do popołudnia chodziłam, zwiedzałam, szukałam detali, odkrywałam, pochłaniałam Kraków w najdrobniejszych szczegółach. Dlatego rower stał niezadowolony.

Honor dwóch kółek ocaliło listopadowe słońce minionej soboty (byłam pewna, że w tym roku już nie wyciągnę Bullsa). Słońce raziło niemożliwie w oczy. Napompowałam 2 flaki i pognałam na kopiec Piłsudskiego. Nasłoneczniłam grzbiet jak jaszczurka. Zobaczyć jesień Lasku Wolskiego, poczuć parzystokopytne i stajnie, odkryć dziesiątki odcieni koloru orange – i to wszystko zaledwie 10 km od centrum Krakowa! Taki jest tylko Kraków…

Na szczyt kopca wjechać nie można, ale rower pod pachę, i na górę. Widok z kopca – nie należy do moich najulubieńszych (stałam się już wybredna wobec krakowskich atrakcji, i wiem gdzie jest lepsze, ładniejsze, smaczniejsze, bo dobry przewodnik wie najlepiej;) – nie przebije za nic widoku z kopca Kraka. Zadumałam się nad 11 listopada, w końcu to kopiec Niepodległości.

Po drodze do Lasku wreszcie odkryłam najznamienitszy, zaraz po dziedzińcu zamkowym na Wawelu, renesansowy majstersztyk architektoniczny w Krakowie – Willę Decjusza.

30 km to niewiele, właściwie po co wyciągać na tyle szosę…

Ale jak to na szosie – można sprawić, że nawet 30 km będzie bike-owe;)

Jesień za mną.

 

Willa Decjusza - renesans w Krakowie.


Komentarzy: 2
  1. Anja napisał(a): 15 listopada 201218:00

    Trafiłam do Ciebie przypadkiem z forum.. Przyznam, że przeczytałam wszystko od początku do końca, tak fajnie się czyta jak piszesz ;) I miło znajdować w sieci osoby o tej samej pasji. Aż mi się zachciało założyć bloga o szosie (bo szosę już mam ;)) tylko nie wiem czy wystarczy czasu i cierpliwości do pisania.
    Zazdroszczę Krakowa, wszystkich wypraw i bliskości gór :) Kraków miastem moich marzeń od lat.
    Pozdrawiam :)

  2. marylapersona napisał(a): 16 listopada 201201:12

    Anja!;) Merci za wpis;) Zakładaj bloga! Trzeba to gdzieś utrwalać…Ogrom wrażeń jakie dostarczyły mi i ciągle dostarczają 2 kółka musiał znaleźć gdzieś ujście;) Warto pisać.

Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.