Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Jazda inauguracyjna Kraków-Oświęcim

Mój pierwszy wyjazd na szosę? W połowie maja, z Jołkiem, moim podgórskim sąsiadem, który zabrał mnie do Tyńca. Rower przyszedł w pomoc skutecznie jak nikt. Stał się moim ukojeniem na dramatyczne przejścia sercowe dnia i nocy poprzedniej, kiedy uciekłam ze swojego balu magisterskiego z JEGO powodu (o swoich runningach mogłabym pisać na osobnym blogu). Lubię rower, ale czasem wydaje mi się, że jestem nieudanym Forestem Gumpem w spódnicy, który nagle słyszy w sobie głos – Biegnij! I biegnę. Zostawiam wszystkich i wszystko a potem tego żałuję. Tak mam.

Jołek przecierał szlak, ja podążałam za nim jeszcze nieśmiale. Moje pierwsze prawdziwe obwąchiwanie szosy, przerzucanie biegami, hamowanie, odpinanie. Nagle wszystko na raz! Pierwszy wjazd na drogę, pierwszy podjazd, pierwszy ocierający się o mnie samochód. Wszystko pierwsze, czyli wrażeniowe, intensywne, mocne. Objechaliśmy Tyniec i wrócili przez Wolę Justowską. Obyło się bez spd-owego upadku, którego byłam pewna.

Pokonywanie odległości, przesuwanie się z punktu A do punktu B przez wzniesienia i zjazdy, chwile intensywne wysiłkowo i lżejsze na pędzeniu z góry to to, co lubię w szosie najbardziej. Jest w tym jakaś metafora życia. Elan vital i walka. Ryzyko i wolność. Udręka i przyjemność. Satysfakcja, ale i porażka. Lubię to. Lance Armostrong napisał w swojej książce, że szosa to zostawianie wszystkiego w tyle, za sobą…Niestety, także swoich ukochanych….

To była moja pierwsza, rowerowa niedziela. Jołku, merci. Ale pierwsza trasa przyszła tydzień później. Oto postanowiłam pojechać dla rodziców i do rodziców. Czyli pokonać 60 km z Krakowa do Oświęcimia, żeby tam na mecie udowodnić swojej mamie, że moje gadanie o szosie to nie był wymysł i jednodniowy pomysł na który wydałam kilka tysięcy. Jechałam dla mamy. 2 h 50 minut. Pierwsze walenie serca na wymijający mnie TIR, stracenie równowagi przed rozpędzonym samochodem, mocny wjazd w dziurę na jezdni. Zbierałam nowe doświadczenia, obserwowałam rower i swoje zachowanie. Droga do Oświęcimia (http://www.bikemap.net/route/1127270) jest przyjemna, prosta i niewymagająca. Idealna na pierwszy raz, kiedy potrzebujesz obyć się z samochodami, wyczuć gorsze i lepszy momenty na drodze, przekonać się co sprawia Ci trudność , zobaczyć jak zachowują się TIR-y i rozpędzone osobówki, które wymijają Cię na urwanie głowy.

Poza pieszym, który zjawia się tylko na chodniku i błąkającym się psem, jesteś najsłabszym uczestnikiem ruchu. Najbardziej bezbronnym. Masz dziesięciokilogramowy rower, czyli nic wobec kilkusetkilogramowego TIR-a. A mimo to, czujesz się wielko i dostojnie. Jesteś najbardziej wytwornym graczem na tej drogowej szachownicy. Nie idziesz na łatwiznę, wydalasz kilowaty energii będąc przy tym najbardziej eko i starasz się szybkością niejednemu dorównać . Klasa, to jest po prostu klasa! Po ilości zatrąbień w trasie stwierdzam czy dana trasa była bezpieczna czy nie. Nie liczę pokazanych fuck`ów, bo nibyludzi nie biorę pod uwagę w ogóle. Najbardziej niecierpliwi kierowcy są w mieście. Wracając przez główne aleje w Krakowie mógłbyś zostać potrącony 3 razy częściej niż na 100-km odcinku drogi. Wszyscy się śpieszą, nie-auto przeszkadza, zawadza, won! (nie posiadam na to statystyk a wyłącznie kobiecą intuicję).

Na mecie, czyli na mojej porębskiej wsi czekała mama. – No pokaż ten rower – powiedziała. Zaprezentowałam go i wypięłam pierś do przodu będąc dumną i z niego i z siebie. Pierwsze 60 km na Bullsie było za mną. Rumieńce towarzyszyły mi do końca dnia…So excited.


Komentarzy: 0
Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.