Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Góra, dół, góra, dół, góra, góra, dół, czyli Galicja Road Maraton

Tego samego dnia, kiedy w Krakowie w Rynku Głównym odbywała się parada zombie (ludzi odczuwających od czasu do czasu potrzebę udawania żywych trupów), ja pokonywałam -nasty podjazd na bocheńskich drogach. Dane do wyścigu były jasne: 9 czerwca, 110 km i 2200 m przewyższeń. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej interwałowej trasy! Wymagające podjazdy i strome zjazdy. Moje pierwsze 110 km za jednym zamachem.

Tym razem nie sama dojechałam do Nowego Wiśnicza, a chłopaki z szosowania.tk (www.szosowanie.tk/news.php) wzięli mnie pod swoje skrzydła. W kupie raźniej, i chociaż nasze prędkości szybko się rozjechały na trasie, to wezwanie Przemka na początku trąbiło mi w głowie do końca wyścigu – Daleeej, walcz o wagę!  Tak, oto potrzebna prawda – jakże łatwiej i przyjemniej ciągnęłoby się za rowerem 70 kg, nie śmiem marzyć o 65! Ale dycha mniej – i zamiast 6 h, czyli tyle ile zajęła mi cała trasa – może już w 5 h byłabym na mecie. Niech teraz każdy 60-kilogramowiec wyobrazi sobie, że ciągnie pod górę jeszcze 20 kg! Nie mówię, że się nie da. Da się, i są na to dowody, bez dwóch zdań. Tylko twierdzę – że byłoby łatwiej.

To jedna sprawa – a druga – to znowu deszcz. Takie deja-vu Równicy, może nawet odrobinę straszniejsze. Tutaj, zjazdy były krągłymi serpentynami i dzięki deszczowi – dobrze mokrymi i śliskimi. Hamulce tracą na znaczeniu, znaczy – przydają się, trzeba tak mocno ściskać manetki, że uruchamiają się mięśnie ramion dotychczas pozostające we flapie. Ściskałam co sił w głowie, ale i tak jechałam jak na lodowisku. Jestem konserwą zjazdową – boję się i już. Zawsze powtarzam – mam dojechać cała i szczęśliwa; nie walczę o milion dolarów (wtedy może jednak bym się pokusiła o większą prędkość;), tylko o siebie.

Ci, którzy mieli dobry czas, pewnie nawet kropla deszczu na nich nie spadła, i zdążyli skończyć ten wyścig przed ulewą, która w końcu przyszła, jak zapowiadał model pogody Coampsa, niezawodny. O godzinie 13-stej. Jaka szczęśliwa byłam, że tym razem zadziałał mój rozum, i miałam ze sobą przeciwdeszczówkę! Zapakowałam do tylnej kieszeni koszulki, i jak na 70 km zaczęło walić żabami, to przynajmniej nie było mi zimno.

Był kryzys. Na 78 km dokładnie, pamiętam, bo spoglądałam tępo na licznik i kalkulowałam możliwy czas do końca trasy, liczyłam i nie wierzyłam, że przede mną jeszcze 30 km! Kryzys sił, głodu, otartych 4 liter, zimna i braku rozmowy od ponad 4 godzin. I wtedy zjawiło się dwóch aniołów – którzy najpierw mnie dopingowali, ale po 80-tym kilometrze trasy zaczęli jechać ze mną, za mną, przede mną. Oto rzecz się rozchodzi – że nagle poczułam się (muszę to tak porównać) jak lokalna mini-wersja Lance Armstronga, który trenuje w najtrudniejszych warunkach ze swoim człowiekiem – nawigatorem w samochodzie.  Jak ciśnie pod górę i jest deszcz, to nawigator chroni tył, żeby żaden wielgachny samochód nie najechał na niego; jak jedzie na prostej, to odbiera mu trochę tego niedobrego wiatru, który zżera pokłady energii.

Serwisant Edek – tak kazał się uwiecznić w blogowym wspomnieniu. Jechał jeszcze z jakimś chłopcem, ale jego już nie znalazłam na mecie. Do wyboru miałam – poddać się, albo dotrzeć do mety. Dzięki takiemu wsparciu, udało się to, co lubię najbardziej – dotrzeć do celu.

Brava dla organizatorów – za trasę, widoki, Beskid Wyspowy. Za wybranie najlepszej strażacko-policyjnej obstawy na najtrudniejszych skrzyżowaniach. Co to byli za mili panowie! Pomocni, kiedy trzeba głośni, dopingujący, widoczni i przede wszystkim – uśmiechnięci! (Niemile wspominam zeszłoroczną Lanckoronę, kiedy strażacy nie dość, że nie sympatyzowali z kolarzami w ogóle, to nie raczyli podnieść 4 liter, kiedy nadciągali ostatni, nie mówiąc już o tym, że byli tacy, którzy nie znali trasy!)

Udało mi się wreszcie przeżyć kołyski! W nowej dla mnie ilości –  (aż) 3;) Tak się rozpędzić z góry, żeby wjechać na kolejną! Ale frajda!

Pochłonęłam 4 banany, batonik energetyczny, 2 powerade`y, nie zużyłam ani jednej chusteczki;) Wszystko poszło przez ramię;)

Dziękuję chłopakowi, który na 10 km chciał mnie pociągnąć w górę. I pewnie na 78 km bym nie pogardziła, ale na 10 km to jakoś wstyd tak było. Poza tym nie miałam dobrej rozgrzewki przed startem, a rozkręcam się zwykle po 15 km. Mogłam bladziej wyglądać niż zwykle, ale wszystko ok było!;)

Fajnie, że wszyscy dojechali szczęśliwie do mety. Tak trzymać!

I kilka utrwaleń na kliszy światłoczułej:


Komentarzy: 2
  1. John Cieslik-Bridgen napisał(a): 14 czerwca 201207:09

    Świetny blog. Mam nadzieję że zachęci wiecej ludzi do naszego sportu!

  2. marylapersona napisał(a): 14 czerwca 201222:26

    Skąd!!! Nie zwątpiłam w Was ani przez moment, ale zawołanie do poczekania musiało być!;)

Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.