Lover-rover

No matter who broke your heart and how long it will take to heal it…
You wouldn`t pass through it without your bike… Just keep spinning!
O mojej pasji do 28 calowych kół i czerwonej owijki. Blog o mojej szosie.

Gliczarów jeszcze nie dla mnie

Mieszkać 100 km od najgłośniejszego odcinka trasy Tour de Pologne 2011 i nie wziąć udziału w Tour de Pologne amatorów to grzech. Na 2 tygodnie przed Tour`em pojechała sprawdzić co też przygotował dla nas Czesław Lang, pomysłodawca trasy. Wypisałam kolejne punkty, zaznaczyłam żółtym markerem Ząb i Gliczarów – jako najtrudniejsze odcinki. Trasa przedstawiała się tak:

http://www.tourdepologneamatorow.pl/

Trasa TdP dla amatorów 5 sierpnia 2011.

Pogody mógł mi pozazdrościć każdy, zwłaszcza, że w Krakowie od 2 tygodni padało non stop. Bukovina rozpieściła mnie słońcem, jasnym niebem i świeżym, górskim powietrzem… Zaparkowałam pod supermarketem – polecam bezpłatne parkingi przed sklepami, nie dość, że zaparkujemy za darmo, to w dodatku samochód jest w bezpiecznym miejscu;) Wybrałam out fit – spodenki bez wkładki (i to był błąd) i jednak bluzkę z rękawami (myślałam o tej na ramiączkach, bo słońce prażyło mocno, ale opamiętałam się i pojęłam, że jestem w górach;). Całe szczęście, bo wiatr potem na trasie, momentami mroźny i silny, dałby mi w kość. Trzykilometrowy zjazd był genialnym prologiem tego, co miało wydarzyć się potem. W Zębie zaczęła się prawdziwa trasa. Oto wspinaczka na niespełna 5 km wycisnęła pierwsze poty. Wpadłam w rytm, jednostajnie i bez przerywników obracałam raz po raz korbą. Nie wstałam, nie miksowałam, nie poszukiwałam. Ta pozycja, momentami leżąca na rowerze odpowiadała mi najbardziej. Co po drodze? Wreszcie sprawdziłam prawdziwość znaku drogowego – Uwaga, krowa na jezdni. Co kilka metrów wyłaziły z pola opasłe bydlęta, które miały najzwyczajniej ochotę zwrócić na siebie uwagę.Minęłam takie trzy przeżuwaczki trawy. To były jedyne momenty w Zębie w których przyspieszałam chcąc je ominąć. Minęłam też pięć dziarskich staruszek uprawiających nordic walking. Jedna z nich zatrzymała się zadziwiona moim wysiłkiem i powiedziała do koleżanek – Ja tu ledwie z kijkami wchodzę, a ta Pani tu wjeżdża na rowerze! – uśmiechnęła się i widziałam jak podąża za mną wzrokiem aż zniknęłam za wzniesieniem. Po Zębie była nagroda. Długi, oszałamiający krajobrazem zjazd, zwijany w jednym momencie. Jechałam 50 km/h i miałam szeroki uśmiech na gębie. Nade mną słońce, obok potężne góry, przede mną wyzwanie. Czerwienne – nie znalazło się na żółto oznaczone na mojej orientacyjnej kartce z trasą. No to powoli, ale jechałam. Droga wydawała mi się prosta, ale prędkość na liczniku bynajmniej nie wskazywała, że mam huragan w nogach. Zaczęłam miksować – wchodzić na podjazdy stojąc, potem na prostej narzucałam sobie najcięższe obciążenie, żeby trochę nadgonić. Czerwienne było długie i podjazdowe. Okazało się potem, że także miało być zaznaczone żółtym markerem. Może dlatego podeszłam do niego z rozmachem nie spodziewając się niczego nadzwyczajnego. A było niezwyczajnie! Ostatnie kilometry w Czerwiennym jechałam na pustym bidonie, słońce wzmagało pragnienie, i nie zapowiadało się na chłodny supermarket przede mną. Cudem znalazłam mały sklepik do którego wpadłam jak szalona. Wypiłam Powerrade`a na miejscu, innym wypełniłam bidon. Połknęłam batonika i ruszyłam dalej. Zatrzymałam się na skrzyżowaniu nie wiedząc w którą stronę jechać, kiedy wyprzedził mnie biały Scott. Maciej, tak miał na imię jego właściciel, kontynuował ze mną trasę. Oto miałam przewodnika-towarzysza.

Trasa trudna. Ale z taką ścianą gór przed oczami! To zaszczyt.

Opowiadał o zeszłorocznym Tour amatorów, o Gliczarowie, trochę o sobie. Gliczarów był nie do pokonania dla mnie. 27% to nie mój etap jeszcze. Maciej poradził sobie świetnie. Zaskoczyło mnie to, że wdrapał się na szczyt bez spdów, które wydawały mi się konieczne na takie podjazdy. Okazało się, że jednak nie. Impressed. Uprzedzał mnie przed ostrymi zjazdami, radził oszczędzać siły na później, mówił jak było rok temu. Dotarliśmy do mety razem. Sam podjazd w Bukovinie na ostatnie kilka kilometrów trasy był challengowy. Wycisnęłam resztki sił, nie obyło się bez mocnych przekleństw, ale po 3h 20 minutach byłam na mecie. Byliśmy.

3 kilometrowy podjazd do mety był niespodzianką. Przeklinałam najsoczyściej.

5 sierpnia wystartuje na tej trasie ponad 1000 kolarzy amatorów. To będzie moja pierwsza impreza rowerowa takiego kalibru. Tak oto uczczę mój pierwszy kwartał szosowy. Z 500 km na liczniku postanowiłam wystartować w TDP amatorów…


Komentarzy: 2
  1. Grzegorz napisał(a): 5 sierpnia 201113:51

    >podziwiam Cię. na drodze i tak w ogóle.

  2. Anonymous napisał(a): 15 sierpnia 201117:08

    Marta, widać że to pasja to nie chwilowy kaprys,super, tak trzymaj! Życzę ci wielu ciekawych tras, udziałów w maratonach, jazdy dla przyjemności i żeby każdy kilometr dawał ci pot, radość i satysfakcję.
    pozdrawiam Irena

Zostaw swój komentarz

Unable to load the Are You a Human PlayThru™. Please contact the site owner to report the problem.